Depresja - doświadczenia osoby chorującej

Depresja - doświadczenia osoby chorującej

Depresja rozwijała się u mnie powoli. Podstępnie odbierała siły i radość życia. Traciłam energię, czułam się przybita, smutna i ciągle zmęczona a jednocześnie napięta i niespokojna. Straciłam apetyt, nie mogłam spać, budziłam się o 4.00 nad ranem i nie mogłam już zasnąć.

Siadałam w fotelu przykryta kocem i patrzyłam w ciemność, nie mogłam sobie wyobrazić, jak przeżyję kolejny dzień, skąd znajdę siły by pracować, zająć się domem, jak sprostam codziennym obowiązkom. W pracy miałam ogromne problemy ze skupieniem uwagi, czułam się niepewnie, coraz trudniej przychodziło mi podejmowanie decyzji. Pojawiły się problemy z pamięcią. Zmuszałam się do uśmiechu, zmuszałam się do aktywności. Czułam, że coś złego się ze mną dzieje, ale nie potrafiłam tego określić, nazwać. Jako pielęgniarka z piętnastoletnim stażem pracy na psychiatrii, powinnam rozpoznać u siebie typowe objawy depresji. Ale lęk przed diagnozą psychiatryczną, przed przekroczeniem tej cienkiej linii ja - personel i ONI- chorzy, sprawił, że nie pomyślałam nawet o takim wyjaśnieniu swoich problemów. Bardzo chciałam siłą woli zmusić się do aktywności. Powtarzałam sobie, że teraz w moim życiu jest mnóstwo powodów do radości, nareszcie zaczęło mi się układać. Skończyłam wymarzone studia, cieszyłam się uznaniem w pracy, kupiłam własne mieszkanie i miałam u boku ukochanego mężczyznę. Jak to możliwe, że właśnie ja zachorowałam na depresję?

Czułam się coraz gorzej, widziałam, że nie radzę sobie z codziennymi sprawami, narastały we mnie bezradność i brak nadziei. Najgorzej było rano, kiedy cały dzień miałam przed sobą. Popołudnia przynosiły ulgę, mobilizowałam się jeszcze i nadrabiałam zaległości. Coraz wyraźniej pojawiały się w mojej głowie myśli, że jestem tylko ciężarem dla innych, że nie powinnam istnieć. W bezsenne noce zaczęłam myśleć o śmierci. To był moment, kiedy trafiłam do lekarza psychiatry. Zdecydowałam, że pójdę do kogoś, kto mnie nie zna z pracy, do lekarza spoza mojego szpitala, że zapytam tylko o radę. Traktowałam tę wizytę jako konsultację w sprawie problemów ze snem. Po godzinnej rozmowie z panią doktor wiedziałam już, że choruję na depresję. Dostałam receptę na leki i zwolnienie z pracy.

Bardzo się bałam reakcji moich przełożonych w pracy. Wyobrażałam sobie najgorsze scenariusze, łącznie ze zwolnieniem z pracy. Drżącymi rękami wybierałam numer telefonu oddziałowej. Nikomu w pracy nie przyznałam się do swoich problemów, za wszelką cenę chciałam je ukryć, wstydziłam się swojej bezradności i apatii. Sama nie mogłam uwierzyć, że moje objawy to depresja, a depresja to choroba, którą się leczy. W mojej głowie pojawiły się wszystkie stygmatyzujące stwierdzenia. Nabrałam przekonania, że nikt z moich znajomych nie potraktuje mojej choroby poważnie, że oskarżą mnie o lenistwo i wymigiwanie się od pracy.

Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Dostałam bardzo dużo wsparcia i pomocy od koleżanek w pracy i od najbliższej rodziny. Bez nich nie przeżyłabym… Po 8 tygodniach leczenia poczułam się lepiej, wróciłam do pracy. Nadal zażywam leki, właściwie jeden lek, bardzo dobrze go toleruję. Rozpoczęłam psychoterapię. Depresja zatrzymała mnie w biegu, przez długi czas nie widziałam przed sobą przyszłości, brakowało mi nadziei, trzymałam się więc nadziei, którą mieli dla mnie lekarka i psychoterapeuta. Zrozumiałam, że potrzebuję przeorganizować swoje życie i swoje myślenie. Nauczyłam się otwarcie rozmawiać o swoim doświadczeniu choroby, trzymanie w sobie takiego sekretu było dla mnie zbyt dużym obciążeniem.